Zapisz się na newsletter

 

Poprzednie edycje: rok 2009

Trzeci Festiwal Legend Rocka odbył się w dwóch częściach – pierwsza w lipcu, druga w sierpniu. W piątek 24 lipca zagrała brytyjska grupa „The Troggs”, w składzie z dwoma oryginalnymi członkami grupy popularnej w latach 60 ub. stulecia (Reg Presley – śpiew oraz Chris Britton – gitara). Publiczność z zadowoleniem przyjęła wielkie przeboje, w istocie łatwe do śpiewania piosenki: „With a girl like you”, „Give it to me”, „From home”, Louie Louie”, „The night of the long grass”, „Anyway that you want me”, „I can’t control myself”, ale największy aplauz wywołały „Love is all around” i oczywiście wykonana w finale „Wild thing”. Publiczność tak szalała, że Reg Presley po występie skomentował tylko jednym słowem – „Rewelacja”. Drugim uczestnikiem tego koncertu była grupa „Wishbone Ash” kierowana przez jedynego muzyka z oryginalnego składu, basistę Martina Turnera. Mimo, że skład nie był oryginalny, brzmienie zespołu i perfekcyjne wykonanie zupełnie nie różniło się od oryginalnych nagrań „Wishbone Ash”, które w półtoragodzinnym programie usłyszała publiczność w Dolinie: „Warrior”, „Blowin’ free”, „Jailbait”, „Phoenix”, „Lady day”, „Time was”, „Blind eye” i „Persephone”. Widzowie byli zachwyceni, muzycy zaś dziękowali za tak wspaniałe przyjęcie. Dzień drugi, rozpoczęła swoim koncertem znana z poprzedniego festiwalu grupa „T.Rex”. Jedynym muzykiem, który grał przed laty z tragicznie zmarłym liderem „T.Rex” Marcem Bolanem był perkusista Paul Fenton, ale muzyka jaką zespół przedstawił, brzmiała niemal tak samo, jak przeboje oryginalnego składu z początku lat 70.: „Hot love”, „Get it on”, „Children of the revolution” czy dodana na bis „20th century boy”, z popisowymi riffami drugiego gitarzysty Richarda Spencera. Gitarowymi solówkami ozdabiał ją także Graham Olivier, były muzyk metalowej grupy „Saxon”. Po zespole „T.Rex” widownię amfiteatru w Dolinie Charlotty postawił na nogi występ drugiego uczestnika tego lipcowego koncertu, sławnego w latach 70. brytyjskiego zespołu – „Slade”. „Glam-rockowa” grupa w składzie w połowie oryginalnym (Dave Hill – śpiew i gitara, Don Powell – perkusja) uzupełniona przez Mala McNulty’ego (główny wokalista i gitarzysta) oraz Johna Berry’ego (bas i skrzypce) przypomniała wielkie przeboje: „Far far away”, „Coz I luv you”, „Mama weer all crazee now”, „Take me bak ‘ome”, „Look wot you dun”, „My oh my”, „Everyday”, „Gudbuy T’Jane”, „Run runway”. Ludzie tańczyli i śpiewali, strzelały flesze aparatów. Rozgrzani, ale wciąż nienasyceni widzowi zażądali bisów i oczywiście ich prośba została spełniona. A wówczas nikt już nie mógł usiedzieć na miejscu, gdy muzycy „Slade” wykonali „Get down and get it”, „Cum on feel the noize” oraz zupełnie na koniec, ubrani w czerwone czapeczki, zadedykowali twórcy Doliny i festiwalu Mirosławowi Wawrowskiemu bożonarodzeniowy przebój „Merry Xmas everybody”.

Druga odsłona festiwalu odbyła się w połowie sierpnia. W piątek 14 rozpoczął ją polski zespół „Delhy Seed”, poprzedzający holenderską grupę „Focus”. Długie rozbudowane utwory instrumentalne, na pograniczu rocka progresywnego, jazzu i muzyki klasycznej, a zwłaszcza wirtuozerskie popisy gitarzysty Nielsa van der Steenhovena, perkusisty Pierre’a Van Den Lindena oraz przed wszystkim, grającego na flecie i klawiszach lidera Thijsa van Leera, jodłującego w pamiętnym przeboju „Hocus Pocus”, publiczność w Dolnie Charlotty przyjęła długimi oklaskami. Był piękna pogoda, ze sceny słychać było wspaniałą muzykę („House Of The King”, „Eruption”, „Sylvia”, „Focus I”, „Anonymous”, mniej znany, żartobliwy – „Aya Hippie Yuppie Yee”) – czy mogło czegoś brakować do szczęścia? No może tylko mocnej, hard-rockowej muzyki walijskiego tria „Budgie”, które zakończyło ten dzień, przedstawiając utwory ze swej ostatniej płyty „You’re all living in Cuckooland” oraz kilka nieśmiertelnych „killerów”: „Breadfan”, „Whisky river”, „Napoleon Bona - Part I & II”, In for the kill”, „I turned to stone” oraz R&B standard „Baby Please Don’t Go”. Grający na basie Burke Shelley śpiewał jak za dawnych lat, Steve Williams bębnił ostro a Craig Goldy popisywał się ostrymi gitarowymi solówkami. Po raz kolejny „Budgie” „udowodniło, że skromne instrumentarium, może mieć siłę czołgu” – jak napisał w „Głosie Pomorza” Wojciech Frelichowski.

Wspaniała pogoda a przede wszystkim rozmach przedsięwzięcia, czyli Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty wzbudziły zdumienie w liderze, zespołu, który zagrał na początek drugiego dnia - 15 sierpnia. „The Yardbirds” to grupa, która ma znaczące miejsce w historii Rock’n’Rolla, choćby dlatego, że w niej rozpoczynali kariery sławni gitarzyści: Eric Clapton, Jeff Beck i Jimmy Page. Tym razem w składzie z tamtych lat pozostali jedynie lider Chris Dreja, gitarzysta polskiego pochodzenia, także fotografik oraz perkusista Jim McCarty. Młodzi muzycy, z gitarzystą Benem Kingiem na czele, Davidem Smale na basie oraz harmonijkarzem i wokalistą Andy’m Mitchellem, wyszkoleni przez Dreję, przypomnieli wielkie przeboje pierwszej połowy lat 60., z „For your love”, „Evil hearted you”, „Shapes of things”, „ Heartfull of soul”, „You’re better man than I”, Little games”, „Over under Sideways Down”, „Dazed and confused” i wzorowaną na śpiewach gregoriańskich - „Still I’m sad” a także kilka bluesowych standardów z „I wish you would” Billy’ego Boy’a Arnolda oraz utwory z płyty „Birdland” nagranej w nowym składzie. Największe jednak emocje, na koniec także owacje, wywołał drugi wykonawca – Arthur Brown. Znakomicie śpiewał, poruszał się po scenie, zmieniał stroje a przede wszystkim przedstawił nie zestaw przebojów, lecz prawdziwy spektakl rockowy, w którym równorzędne były gest, muzyka, tekst, strój, oprawa sceniczna, światła, dymy i dramaturgia koncertu. Już jego początek zaskoczył widzów. W zupełnych ciemnościach pojawiła się odziana a pielgrzymi habit z workiem na głowie, wysoka i szczupła postać, podpierająca się na pastorale. Z potężnych kolumn wydobyła się muzyka utworu Boba Dylana „A hard rain’s a gonna fall”, którą Brown zaśpiewał w manierze bliskiej Tomowi Waitsowi. Kiedy festiwalową scenę rozjaśniły silne reflektory, artysta zrzucił z siebie okrycie pielgrzyma, pokazując demonicznie wymalowaną twarz. I tak kolejno co chwilę zaskakiwał zafascynowaną publiczność, wykonując na przemian utwory liryczne i dynamiczne, wraz ze swoim największym przebojem „Fire”, podczas którego na przymocowanym do głowy specjalnym hełmie zapłonął prawdziwy ogień. Widownia początkowo zaszokowana i przerażona, po chwili wybuchła entuzjazmem. Ten występ Arthura Browna uznano za jeden z najlepszych w historii festiwalu w Dolinie Charlotty, stąd też zaproszony został przez organizatorów na następną imprezę, za rok. Sam bohater tego wydarzenia skromnie przyznał, ze dla niego najważniejsza zawsze była i jest muzyka oraz przesłanie jakie ona niesie. Jest bowiem najbardziej uniwersalnym środkiem do komunikowania się ludzi z różnych środowisk i różnych kultur.

Następca Browna tego dnia, „blues-rockowy” brytyjski zespół „Chicken Shack”, niestety mocno rozczarował publiczność. Pewnie dlatego, że jego lider, śpiewający gitarzysta Stan Webb, wyraźnie nie był w formie, gdyż przed wejściem na scenę wlał w siebie zbyt wiele drinków. I chociaż starał się śpiewać z uczuciem, na gitarze grał jednak niezbyt pewnie i czysto. Między utworami próbował też zabawiać publiczność, niestety efekt był raczej żałosny, chociaż na występ w Dolinie, Webb przygotował sporo znanych utworów („The thrill is gone”, „Love her with a feeling””). Nie zmieniał niczego przejmująca piosenka „I’d rather go blind”, do której na scenę zaprosił jedną z pań z widowni i mimo, że pomagał mu też gęsto grający na saksofonie Dave Winthrop. Ten występ grupy „Chicken Shack”, zapewne można zaliczyć do najsłabszych w historii Festiwalu Legend Rocka.

Ostatni dzień festiwalu 16 sierpnia, rozpoczęła grupa „Sweet”, pod kierunkiem Andy’ego Scotta, w latach 70 ikona wesołej, rytmicznej, doskonałej do zabawy muzyki „glam-rockowej”. Wielkie przeboje z tamtych lat: „Action”, „Ballroom blitz”, „Blockbuster”, „Fox on the run”, „Hellraiser”, „Teenage rampage” i „The six teens” sprawiły, że wielu widzów poczuło się na nowo nastolatkami. „Odrobina scenicznego szaleństwa zachęca do wstania z miejsc” – przyznał Janusz Krężołek, który wraz z żoną Moniką przejechał z Zielonej Góry i niemal cały koncert przetańczył pod sceną. (Wiadomości24.pl). Zespół, który się potem pojawił składał się z muzyków, mających łącznie ponad trzysta lat. Na jego czele stał śpiewający gitarzysta i kompozytor angielski Spencer Davis, w latach 60. muzyk grupy legendarnej i naznaczonej wieloma przebojami czerpiącymi z bluesowej i R&B tradycji Ameryki. Dziś to one zabrzmiały w Dolinie Charlotty: „Keep on running”, „When I come home”, „Somebody help me”, „Every little bit hurts”, „Gimme some loving” oraz„I’m A man”. Muzycy “Spencer Davis Group” wykonują też standardy („San Francisco Bay Blues”, „House of the rising sun”, „Dimples”, i „Tulsa time”), perfekcyjnie zagrane i zaśpiewane ze znajomością bluesowego kanonu przez Colina Hodgkinsona (bas), Eddiego Hardina (organy) i Millera Andersona (gitara, śpiew), no i oczywiście lidera – Spencera Davisa. Publiczność słuchała z zapartym tchem, a muzycy na estradzie, jak to było widać, bawili się z młodzieńczą niemal radością. Rewelacyjną grą Colin Hodgkinson udowodnił, że nie bez przyczyny nazywany jest największym basistą rocka. Wzbudziło to zresztą zachwyt nie tylko widzów, lecz również basisty następnego zespołu, który zakończył ten festiwal – szkockiej grupy „Nazareth”. Zaczęła swój występ od słynnego utworu „Telegram”, a po nim tysięczna widownia usłyszała niemal same przeboje: „Love hurts”, „Broken down angel”, „Bad bad boy” oraz „White bicycle”, „Dream on”, „Country girl”, „Red light lady” i „This flight tonight”. Widzowie śpiewali wraz z Danem McCaffertym, oklaskiwali gitarowe solówki Jimmy’ego Murrisona i mimo późnej pory zmusili muzyków „Nazareth” do bisu. A potem spora grupka fanów pozostała przy barierkach, głośnymi okrzykami domagając się spotkania ze swymi idolami. Prośby, co oczywiste zostały spełnione, choć widownia amfiteatru szybko pustoszała, niemal na rok. Jak słusznie zauważył w kwartalniku „Twój Blues” Andrzej Matysik – „Festiwal Legend Rocka to jedno z największych, najbardziej wyrazistych wydarzeń muzycznych tego roku”.

Zdzisław Pająk

Ta strona używa COOKIES.

Korzystając z niej wyrażasz zgodę na wykorzystywanie cookies, zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.

OK, zamknij