Zapisz się na newsletter

 

Poprzednie edycje: rok 2010

4 Festiwal Legend Rocka poprzedziły dwa wydarzenia, które miały wpływ na jego artystyczny kształt, były też zapowiedzią, czego i kogo można się będzie spodziewać. Pierwsze z nich, 13 marca – odbyło się w otwartym tego dnia pubie rockowym, gdzie bohater poprzedniej edycji Arthur Brown odsłonił swoją podobiznę, a potem na koncercie przedstawili się, bluesowy duet Maggie Bell – Dave Kelly, basista pierwszego składu słynnych „Purpli” Nick Simper ze swoim nowym projektem „Nasty Habits” oraz oczywiście ponownie Arthur Brown. Duet Bell & Kelly znakomicie wprowadził w klimat festiwalu, wykonując kilka znanych standardów około bluesowych (m.in. słynny „Dom wschodzącego słońca”), Nick Simper, a zwłaszcza charyzmatyczny frontman jego zespołu Christian Schmidt porwał widownie do wspólnej zabawy, a atmosferę podgrzał do białości Arthur Brown, znany już w Dolinie. Nie tylko z wielką brawurą śpiewał, ale też biegał wśród publiczności, kładł się plackiem na podłodze i skakał po krzesłach, nie zapominając oczywiście o zapaleniu ognia w finale piosenki „Fire”. Entuzjazm widzów przeszedł najśmielsze oczekiwania zarówno jego, jak też organizatorów. Arthur koncercie musiał trochę poszukać swojego specjalnego „hełmu”. Drugim wydarzeniem, które poprzedziło dwie części festiwalu był konkurs, jaki odbył się w maju i wyłonił polskich debiutantów, nazwany „Sen o Dolinie”. Pierwszy a nich wystąpił już 9 lipca. Był to słupski zespół „Resekcja”, który poprzedził występ „Hamburg Blues Band”, niemieckiej formacji muzyczna ze znakomitym gitarzystą brytyjskim Dave’m „Clemem” Clempsonem i zasłużonym w historii rocka wokalistą, blisko siedemdziesięcioletnim – Chrisem Farlowe. Jego występ pokazał, ze nie liczy się wiek, lecz talent, umiejętności, znajomość muzyki, głos i dobór odpowiednich muzyków. Chris Farlowe fantastycznie i stylowo zaśpiewał standardy R&B i bluesowe („Sing The Blues For You”), a także utwory z ostatniego swojego albumu („Don’t Wanna Love You Anymore” i „I Don’t Want To Sing The Blues Anymore”) oraz oczywiście piosenki, które rozsławiły jego nazwisko na listach przebojów w latach 60. ubiegłego wieku: „Out Of Time”, „Think”, „Ride On Baby”, „Hanbags And Gladrags”. Obok Clema Clempsona, który wcześniej zasłynął grą w zespołach „Colosseum” i “Humble Pie”, bardzo mocnym punktem „Hamburg Blues Bandu” okazali się także: organista Adrian Askew (ex-„Atlantis”) oraz wokalista Gert Lange.

I chociaż był to wspaniały koncert, okazał się jedynie preludium do występu mistrza organowego grania Kena Hensley’a, którego fani rocka łatwo kojarzyli z hard-rockową brytyjską grupą „Uriah Heep”. Nagrał z nią kilka wspaniałych albumów i piosenek, które trafiły na listę „złotych przebojów” (jak choćby „Lady In Black”). Na festiwalu w Dolinie Charlotty Hensley, który od dawna mieszka w Hiszpanii, wystąpił z własnym zespołem „Live Wire”, złożonym z norweskim muzyków. Oczywiście Ken Hensley nie zapomniał o przebojach („Easy Living”, „Sweet Freedom”, który w Dolinie dedykował Lechowi Wałęsie), pomiędzy nie wplatał utwory ze swojej solowej płyty „Blood On The Highway”. Największą owację wzbudził, co oczywiste, opracowany na nowo w lekko zmienionej aranżacji słynny i legendarny „July Morning”. Kompozycja „Lipcowy poranek” zaiste zabrzmiała wyjątkowo w wieczornej scenerii Doliny Charlotty. A wspomnianą „Panią w czerni” razem z Kenem i jego muzykami odśpiewała szczęśliwa wielotysięczna publiczność, dla której na bis Ken Hensley przygotował jeszcze jeden klasyczny „kawałek” z repertuaru „Uriah Heep” – „Gypsy”.

Dzień drugi rozpoczął „White Room”, kolejna polska grupa wyłoniona podczas majowych eliminacji konkursu „Sen O Dolinie”, która nie tylko nazwą nawiązała do muzyki tria „Cream”. Po niej na scenę wszedł David Cross, skrzypek zapamiętany z jednego ze składów legendarnej formacji „King Crimson”, z zespołem jazz-rockowym, który zaprezentował wspaniały program, obok własnych intrygujących widzów kompozycji, znalazły się wielkie dzieła „Crimsonów”: „Starless” i wykonany na bis „21th Century Schizoid Man”. Ostatnim tego dnia i tej, lipcowej części festiwalu wykonawcą była „Omega”, wśród węgierskich zespołów rockowych lat 70 ubiegłego stulecia, najbardziej popularna w Polsce. Grupa to wręcz kultowa, mająca do dziś wielu gorliwych fanów. Marzeniem jednego z nich Andrzeja Radajewskiego było zaśpiewanie na scenie wraz z „Omegą” słynnej „Gyongyhaju Lany”, czyli „Dziewczyny o perłowych włosach”. Udało się je spełnić w Dolinie Charlotte 10 lipca. Andrzej Radajewski chociaż miał ogromną tremę, przebój o „Dziewczynie” zaśpiewał bardzo dobrze i co najważniejsze z uczuciem. Publiczność oczywiście w refrenie pomagała. Wzbogacony laserowymi efektami ten koncert „Omegi” (z przebojami: „Tizezer Lepes”, „Idorablo” i „Gammapolis”) wspaniale zwieńczył lipcową część 4 Festiwalu Legend Rocka i rozbudził ogromne apetyty na jego sierpniową odsłonę.

A sierpniową część trzynastego, rozpoczął „Kruk”, polska grupa ze Śląska, kolejny laureat majowego konkursu „Sen o Dolinie”. Po nim scenę opanował, dosłownie i w przenośni, Arthur Brown. Wierni kibice festiwalu, a jest przybywało ich do Doliny Charlotty coraz więcej, znali już Browna, ale on i tym razem ich zaskoczył, zespołem z nowymi muzykami i tańczącą na scenie urodziwą dziewczynę, zmieniającą przebrania (raz była motylem, innym razem aniołem, zgodnie zresztą z pseudonimem - „Angel”). Arthur Brown przedstawił nowy program, ale tak jak przed rokiem znów zafascynował widzów i jak przed rokiem, nie mogło w nim zabraknąć przeboju „Fire” i płonącego w finale na jego głowie ognia. Niestety tym razem, zbyt wysoki płomień podpalił zwisającą i kręcącą się podczas występu papierową kulę, mogłoby dojść do pożaru sceny, na szczęście reakcja dyżurnego strażaka była natychmiastowa i skuteczna. Dalsza część festiwalu została uratowana, mimo że, Arthur i jego gitarzysta zostali nieco oblani gorącym woskiem. Gorąco przyjęci przez widzów, mogli mimo to, wykonać dwa bisy, w tym piosenkę „Don’t Let Me Be Misunderstood”, z repertuaru legendarnej wokalistki jazzowo-bluesowej Niny Simone, w świadomości szerokiej publiczności kojarzoną głównie z zespołem „The Animals”. Arthur oczywiście o tym nie zapomniał i zapowiedział kolejnego uczestnika festiwalu. Ostatni tego wieczoru artysta, sławny wokalista grupy „The Animals” – Eric Burdon rozpoczął swój występ autobiograficznym songiem „When I Was Young”, po którym publicznie zbeształ Browna, za to, że „ukradł” mu piosenkę, jaką za chwilę on sam zamierzał zaśpiewać. Zakłopotany niespodziewanym atakiem Arthur, wymknął się reporterom i uciekł do swojego pokoju w hotelu. Na widowni mało kto reaguje na to niespodziewane wydarzenie, publiczność zasłuchała się w przebojach sprzed bez mała 40 lat, takich, jak: „Don’t Bring Me Down”, „Spill The Wine”, „Monterey”, „Don’t Let Me Be Miusunderstood” (wersja Browna była jednak dużo lepsza), bluesowych standardach „Boom Boom”, „I Believe To My Soul”, rock’n’rollowej klasyce z „Around And Around” a także oczywiście „The House Of The Rising Sun” i wykonanego na bis wspaniałego, rozwiniętego na kilkanaście minut „We’ve Gotta Get Out Of This Place”. Wszystkie one wprawiły widzów w zachwyt. Owacja na stojąco, z pewnością należała się Burdonowi - Feniksowi rocka. 14 dzień sierpnia to drugi dzień tej odsłony 4 Festiwalu Legend Rocka. Po występie młodej polskiej prog-metalowej grupy „Disperse”, Jan Chojnacki zapowiedział koalicję wielkich brytyjskich artystów bluesowych, jako „British Blues Quartet” powiększony o Maggie Bell (śpiew) i Dave’a Kelly’ego (gitara i śpiew). Kwartet stworzyli muzycy, z których każdy zapisał się w historii rocka i bluesa na Wyspach, znany jest też fanom festiwalu. Każdy z nich pojawił się na wielu płytach i na wielu koncertach innych sławnych i legendarnych postaci rocka, jak choćby wczorajszy artysta – Eric Burdon. „British Blues Quartet” to: Colin Hodgkinson (bas i śpiew), Zoot Money (klawisze i śpiew), Miller Anderson (gitara, śpiew) i Colin Allen (perkusja). Nie można wiec się dziwić, że znakomity pod względem muzycznym występ całej szóstki, docenili nie tylko koneserzy, wzbudził ona również żywiołową reakcję wszystkich widzów. Spodobały się soulowe interpretacje Maggie Bell w piosenkach „Wishing Well” i „Respect Yourself” oraz zaśpiewane w duecie z Kelly’m „Take Me To The River” a także przejmująca „I Just Want To Make Love To You”. Entuzjazm wzbudziły wspaniałe solówki wybitnych instrumentalistów, oczywiście nie zabrakło próśb o bisy, próśb spełnionych przez artystów bardzo chętnie. Na występ kończącej ten dzień grupy „Marillion” z kraju i zza granicy przyjechało wiele osób, okazało się, że amfiteatr stał się zbyt mały i w przyszłości, gdy na festiwal trafia jeszcze większe gwiazdy, trzeba go będzie rozbudować. Główną gwiazdą tego koncertu był oczywiście frontman zespołu Steve Hogarth, który wspaniale zaśpiewa, kilka doskonale znanych utworów „Marillionu”, takich jak: „The Invisible Man”, „Cover My Eyes”, „Slainte Mhath”, „King”, „Fantastic Place”, „His Strange Engine”, „Neverland” i na bis „His Town/”The Rakes Progress/100 Nights”. Ogromne brawa za swoje gitarowe solówki otrzymał „stary” członek grupy Steve Rothery. Koncert zakończył wielki finał, gdy po owacji stojącego wielotysięcznego tłumu – Hogarth na kolanach podziękował widzom za tak wspaniałe przyjęcie. Przed fanami pozostał ostatni już dzień 4 Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty. A ten finałowy dzień, 15 sierpnia rozpocząl ostatni już laureat majowego konkursu młodych polskich zespołów grupa „Passion Fruit” z Włocławka, po której pojawiła się na scenie znana już w kraju i za granicą art.-rockowa grupa „Quidam” z Inowrocławia. Przyjechała na festiwal w pr4zededniu jubileuszu dwudziestolecia i zebrała zasłużone oklaski, za swoje własne utwory, zwiewne, jazzujące i nawiązujące do tradycji „Genesis”. Po niej wystąpił ten, który zapowiadał swój koncert w marcu br, były basista „Mark 1”, czyli pierwszego składu grupy „Deep Purple” – Nick Simper. Jego ślady pozostały na trzech pierwszych płytach „Purpli”, więc koncert festiwalowy jego i towarzyszącej mu austriackiej grupy „Nasty Habits” w znacznym stopniu Nick Simper oparł się na utworach z tego okresu („And The Address”, „The Painter”, „Mandrake Root”, „Chasing Shadow”, „Wring That Neck” oraz przebojowym „Hush”). Zachwycona publiczność wspaniale reagowała na ten występ a zwłaszcza na Christiana Schmidta, charyzmatycznego, skaczącego po scenie i bratającego się z widzami wokalistę formacji Simpera, po której na estradzie zameldowała się główna atrakcja ostatniego wieczoru, kończącego 4 Festiwal Legend Rocka grupa „Procol Harum”. W tym koncercie nie zabrakło niczego – wspaniałych utworów grupy, zaśpiewanych i zagranych na fortepianie przez lidera Gary’ego Brookera z ogromnym zaangażowaniem („Beyond The Pale”, „A Salty Dog”, „Simple Sister”, „Whaling Stories”, „Grand Hotel”, „A Strong As Samson”, „Hamburg”, „Good Captain Clack”). Były doskonałe solówki gitarzysty Geoffa Whitehorna. Niestety występ „Procol Harum” przerwała burza i rzęsista ulewa i to podczas wykonywania przez zespół największego, niezapomnianego przeboju – „A Whiter Shade Of Pale”. Kołyszące się w takt tego super-przeboju parasolki stworzyły obraz godny wielkiego finału.

Czwarty Festiwal Legend Rocka okazał się imprezą wspaniałą dla starszej części publiczności, która „na żywo” mogła zobaczyć i usłyszeć swoich idoli sprzed lat, a przy dźwiękach „starej”, ale nieśmiertelnej muzyki „przenieść się w czasie do swojej młodości”, dla młodzieży zaś była okazją do poznania artystów, którzy w historii muzyki rockowej zapisali się „złotymi zgłoskami”. Ten festiwal wzbudzał też coraz większe zainteresowanie zarówno mediów (pojawiły się transmisje radiowe i telewizyjne rejestracje występów), jak też samych artystów. Do organizatorów festiwalu ustawiała się coraz dłuższa kolejka tych, którzy chcieli tu wystąpić, i znajdowali się w niej wykonawcy z coraz „wyższej półki”.

Zdzisław Pająk

Ta strona używa COOKIES.

Korzystając z niej wyrażasz zgodę na wykorzystywanie cookies, zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.

OK, zamknij