Zapisz się na newsletter

 

Poprzednie edycje: rok 2013

        Siódma edycja festiwalu dla wielu jego odbiorców, a pewnie także dla jego twórców, z dotychczasowych była najlepszą. Pewnie nie tylko dlatego, że na scenie amfiteatru powiększonego do 10 tysięcy miejsc, wystąpiła największa gwiazda, o której koncercie w tym miejscu trudno było wcześniej pomarzyć – Carlos Santana. Okazało się jednak, że marzyć warto i trzeba, bo jeden z największych współczesnych gitarzystów rockowych rzeczywiście w Dolinie Charlotty wystąpił, ba, kilkoma spektakularnymi gestami zaskoczył zarówno widzów, jak też organizatorów. Zagrał bowiem nie tylko dłużej, niż się spodziewano (gdyby nie burza i ulewa, które przydarzyły się pod koniec jego występu, ten koncert pewnie by trwał i trwał), ale też niespodziewanie przeszedł przez amfiteatr nie obawiając się spotkania z fanami (oni zresztą całkowicie zaskoczeni nie zdążyli nawet zareagować) zaś w trakcie swego koncertu szefowi Doliny i festiwalu – Mirosławowi Wawrowskiemu wręczył jedną ze swoich sygnowanych przez siebie gitar i ogromny bukiet białych róż. Czy można się dziwić, że obdarowanemu, który nawet w najskrytszych swoich snach o tym nie marzył, wzruszenie odebrało głos? Myślę, że nikt z nas nie zdołałby ukryć zarówno wzruszenia jak i łez radości. Koncert Santany był jednym z tych, które zapamiętuje się na całe życie, nawet, gdy obraz muzyków na scenie zasłaniali inni fani, tańczący pomiędzy przejściami i ławkami; nawet, gdy zdawało się, że w amfiteatrze panuje zbyt wielki ścisk. Nawet wtedy, kiedy po koncercie trudno było ten amfiteatr opuścić. Nic to, gdyż muzyka wyzwoliła w odbiorcach wspaniałe emocje – radości, zabawy, szczęścia i dostarczyła im tak potężne pokłady energii. Carlos na swojej gitarze o łatwo rozpoznawalnym, wręcz krystalicznym brzmieniu, zagrał „Europę”, oczarował „Black Magic Woman”/”Gypsy Queen”, podkręcił tempo podniecając instrumentami perkusyjnymi w inspirowanych latynoskim folklorem: „Jingo”, „Oye Como Va” i „Se A Cabo”, wspomagał wokalistów w tanecznie śpiewnych „Maria Maria” i „Corazon Espinado” a także innych zapamiętanych z radia czy płyt utwory z kilku dekad, z przewagą tych najstarszych, z pierwszych trzech albumów i legendarnego festiwalu z 1969 roku w Woodstock (z „Soul Sacrifice” na czele). Wszystko ułożone było w fascynujący scenariusz muzyczny, okraszony filmami i obrazami z tamtego wielkiego festiwalu, od czasu do czasu przerywane hipisowskimi zapowiedziami artysty - „Tutaj jest mój nowy dom” oraz „Tak jak tu, powinno być na całym świecie. Miłość, szacunek, wiara, harmonia, piękno i łaska. Bez konfliktów, wojen i brutalności”. Dla uzupełnienia dodam, że część otrzymanego za występ w Dolinie Charlotty honorarium Carlos przeznaczył na cele fundacji „Milagro”, którą powołał w 1998 roku, a która opiekuje się głodującymi na całym świecie dziećmi.

        Koncert Carlosa Santany niewątpliwie był największym wydarzeniem, wieńczącym tegoroczny „VII Festiwal Legend Rocka”, ale i poprzedzające go występy Alice Coopera oraz Johna Mayalla warte są wspomnienia. Vincent Damon Furnier, znany od końca lat 60 XX wieku jako Alice Cooper, powołujący się na amerykańską czarownicę o tym imieniu i nazwisku z XVII wieku, w towarzystwie pięcioosobowego zespołu przedstawił lekko-makabryczne i szokujące widowisko, z Frankensteinem, gilotyną i elementami szpitala psychiatrycznego. Podzielone zostało ono na trzy uzupełniające się części, w których wokalista zaśpiewał swoje największe przeboje („I’m Eighteen”, „No More Mr. Nice Guy”, „Hey Stoopid”, „Poison”, „Bilion Dollar Babies”, „Welcome To My Nightmare”) a także cztery „covery”, którymi wspominał swoich, nieżyjących sławnych „kumpli od kieliszka”: Jima Morrisona, Jimiego Hendrixa, Johna Lennona i Keitha Moona, perkusistę legendarnej grupy „The Who”. Usłyszeliśmy świetnie zagrane i odśpiewane: „ Break On Through” („The Doors”), „Foxy Lady” (Hendrixa), „Revolution” („The Beatles) oraz „My Generation” (hymn pokolenia lat 60 XX wieku „The Who”). Wokaliście towarzyszyła bardzo sprawna grupa ze znakomitą gitarzystką Orianthi Panagiris, znaną ze współpracy z Carlosem Santaną i Michaelem Jacksonem. W finale koncertu 1 sierpnia, w otoczeniu rozpryskujących się balonów i serpentyn, Alice Cooper odśpiewał (może odśpiewała?) wielki przebój „School’s Out”, w który pomysłowo wpleciony został inny klasyk, „Floydowskie” – „Another Brick In The Wall (Part 2)”.

        Muzycznie na jeszcze wyższy (i moim zdaniem najwyższy w tym roku) poziom wzniósł się następnego dnia John Mayall. Blisko osiemdziesięcioletni multiinstrumentalista (pianista gitarzysta, przede wszystkim harmonijkarz), wokalista i autor bluesowych piosenek w towarzystwie trzech amerykańskich muzyków na scenie amfiteatru w Dolinie Charlotty w półtoragodzinnym programie przedstawił kilkanaście „standardów”, poczynając od „All Your Love” (nieco zakłócone wokalnie przez niesprawny mikrofon), poprzez „Parchman Farm” po „Hideaway”, oraz własne utwory, w tym: „The Bear”, „Walking On Sunset”, „So Many Road”, „Heartache” i obowiązkowo na finał zagraną długą i efektowną wersją „Room To Move”, z popisem zarówno Mayalla na ustnej harmonijce, jak też rewelacyjnego basisty Grega Rzaba (współpracował niegdyś z Buddy’m Guy’em), który w swoją solówkę wplótł słynny riff z przeboju „Smoke On The Water”. Na uznanie zasłużyli także pozostali muzycy Mayalla: czarnoskóry perkusista z Chicago Jay Davenport oraz gitarzysta z Teksasu – Rocky Athas. Zaś z poprzedzających w tym roku gwiazdy „suport-bandów” na uwagę zasługiwała występująca przed „ojcem brytyjskiego bluesa” wrocławska grupa „Hoodoo Band”. W pozostałe dni zagrali: post-metalowa grupa „Steak Number Eight” z Belgii (przed Alice Cooper) oraz „Kruk” (przed Santaną).  

Zdzisław Pająk

Ta strona używa COOKIES.

Korzystając z niej wyrażasz zgodę na wykorzystywanie cookies, zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.

OK, zamknij